Smutne wieści z morza…

Dowiedziałem się, że w ubiegłym tygodniu zginął śmiercią marynarza mój starszy kolega kpt. Krzysztof Radwański. Statek (niewielka jednostka) dowodzony przez niego u wybrzeży Norwegii trafił na wyjątkowo silny sztorm, doznał uszkodzeń kadłuba, przełamał się, w efekcie czego – zatonął i leży na głębokości ok. 300 m. Krzysztof do ostatniego momentu próbował uratować jednostkę manewrując na mostku. Z wieści zasłyszanych od naszych wspólnych znajomych Krzysztof nie zdążył wsiąść do łodzi ratunkowej, w której czekali marynarze.
XXI wiek. Katastrofy i śmierć na morzu – tylko w filmach? O nie…
Krzysztof był zawodowym marynarzem – nawigatorem, a oprócz tego żeglarzem i miłośnikiem szant i piosenek tzw. turystycznych. Przychodził z żoną – Basią na moje koncerty. Poznałem go podczas mojej 1 praktyki morskiej w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni – rejsu kandydackiego na „Janie Turlejskim” jesienią 1984 roku. Wtedy pełnił funkcję IV oficera nawigacyjnego. Kiedy zobaczył i usłyszał, że śpiewam, zapraszał mnie na pogaduchy o śpiewających żeglarzach i marynarzach. Tak usłyszałem pierwszy raz o Starych Dzwonach, Mirku Pestce Peszkowskim, „Wydrach”.
Niech Ci będzie dobrze Krzyś, w marynarskim raju.

Z wieści bardziej optymistycznych – dzisiaj wróciliśmy z Kasią z safari nurkowego po Morzu Czerwonym. Niebawem napiszę relację i zamieszczę galerię.

Pozdrawiam,
Grzegorz GooRoo

A na dokładkę jeszcze to

:

W 2 połowie października, po – mam nadzieję – szczęśliwym powrocie z nurkowego safari, planuję wejść z GOOROO BANDEM do studia „piwnia” i nagrać kilka utworów z nowego repertuaru – covery swingowe i rockowe. I to jest część 1 planu. A ta 2 – nagrać nowe wokale w piosenkach z „TO MI GRA”. Mam pomysły i chęć „dopalenia” energii płyty. W ramach konieczności jej dotłoczenia. Gdyż w ostatnim kartonie pokazało się dno…

Piątek – 30 września zagram w Koninie. Zapraszam na koncerty!!!

Plan koncertów jest taki:

16:45 – 17:30 – koncert na bulwarach miejskich w Koninie
17:30 – 18:30 – sprzedaż płyt, pogaduchy, spotkania, PR.

19:30 – 20:30 – koncert na Przystani Gosławice

po koncercie nieoficjałki – śpiewy, pogaduchy ciąg dalszy. PR – not at all.

Do zobaczenia zatem w Koninie!!!
:-) ))))

„Biała Barkentyna” – nowa piosenka PACKETU.Wziąłem udział w tym projekcie.

„Hej, Pogorio! Znów w morze ruszać czas!
Niesiesz wolność i zmieniasz życia smak!
Swe białoskrzydłe konie przez oceany gnasz
Dla wielu jesteś domem na jawie i we snach”

W ubiegłym tygodniu, w studio nagraniowym „Piwnia” Mariusza „Mariaszka” Wilke w Gdańsku nagraliśmy z zespołem Packet nową piosenkę pod tytułem „Biała Barkentyna”. Rzecz jest o żaglowcu Pogoria – obecnie najlepiej utrzymanym żaglowcu sportowym w kraju. Słowa napisała Anna Peszkowska, melodię ułożył Mirek Peszkowski. Po 2 dniach prób w wynajętej sali, ośpiewaniu numeru, nagraliśmy piosenkę u Mariaszka. „Biała Barkentyna” będzie ilustracją muzyczną filmu dokumentalnego realizowanego przez legendarnego redaktora gdańskiego Oddziału TVP, pana Bogdana Sienkiewicza. On to namówił i zamówił piosenkę u Anki i Mirka. Miała być „Fregata z Packet Line” ale przekonali redaktora i zobowiązali się do napisania czegoś nowego. I tak od słowa do słowa, od spotkania do spotkania powstało nagranie. Formą i trescią nawiązuje do „Fregaty…” ale jest to zabieg zamierzony. A dla mnie była to przyjemność – udział w projekcie z koleżankami i kolegami z dawnych lat. Aaaa! Śpiewam 3-cią zwrotkę w „Barkentynie…”.
Emisja filmu planowana jest na luty przyszłego roku.
Ot i tyle!

Pozdrawki.
GT

W piątek, 30 września zagram i zaśpiewam w Koninie. Zaprosili mnie tam konińscy żeglarze, a konkrety zorganizował Kamil Piotrowski – dziennikarz, animator żeglarskich i szantowych zdarzeń, członek zespołu SĄSIEDZI z Gliwic.Kamil zapytał mnie o kilka spraw, a ja odpowiedziałem.Jeśli macie ochotę – poczytajcie.

KP: Kiedy ostatni raz gościłeś w Koninie?

GT: Był to rok 2000 lub 2001. Wziąłem wtedy udział w festiwalu Złota Szekla. Chyba – w koncercie solistów. Było jak zwykle fantastycznie, klimatycznie i niepowtarzalnie. Ze szczególnym uwzględnieniem wieczornego koncertu w kawiarni Domu Kultury Oskard.

Jakie wspomnienia masz z tym miastem, ludźmi?

Mówiąc szczerze – bardziej z ludźmi. Od czasów moich pierwszych konińskich festiwali – a było to jeszcze podczas studiów w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni – szczególnie miło i ciepło wspominam chwile spędzone pod opiekuńczymi skrzydłami Uli i Mariana Gałków. Niezapomniane żeglarskie, szantowe gadano-śpiewane wieczory, w większym lub mniejszym towarzystwie przeżywane pod ich gościnnym dachem. Do białego rana! A potem kilka godzin snu i znowu występy na scenie Domu Kultury Oskard. Bardzo mile wspominam publiczność konińskich festiwali. Jak pamiętam – zawsze udawało mi się nawiązać dobry kontakt, spowodować wymianę energii. A do tego trzeba – jak wiadomo – dwojga. No, może dwóch – stron! Moje bardzo dobre wspomnienia wiążą się również z osobą Darka Zbierskiego – w tamtych latach – Dyrektora Domu Kultury Oskard, a jednocześnie organizatora festiwali Złota Szekla. Darek jako autor i wykonawca piosenek oraz uczestnik i laureat szantowych festiwali, wiedział jak zorganizować dobry festiwal i zadbać o kolegów z branży. I wiedzę tę doskonale przekładał na konkretne działania. Czułem się zaopiekowany, zadowolony, szczęśliwy. Akumulatory – mimo niedospania – naładowane!

Jak dotarła do ciebie wiadomość, jak się dowiedziałeś, że znów śpiewają piosenkę żeglarską w Koninie? Co sobie wtedy pomyślałeś?

Pomyślałem, że historia zatoczyła sobie jakieś spore koło i może będzie mi dane spotkać się ze starymi, dobrymi znajomymi na szantowym śpiewaniu. No i chyba tak się stanie? Ogromnie się cieszę na tę okoliczność.

Aaaaaa potem…

…czyli na przełomie lipca i sierpnia „odpaliliśmy” kolejny, XXXIII Festiwal Piosenki Żeglarskiej w Mikołajkach, który w tym roku nazywał się Kross Mikołajki Szanty Festiwal. W tym roku miałem przyjemność ponownie być szefem artystycznym, reżyserem koncertów oraz jednym z prowadzących. Do współpracy zaprosiłem Mirka Kovala Kowalewskiego. Już od 3 lat prowadzimy razem „Mikołajki”. Dogadujemy się nieźle poza sceną, więc myślę, że i na scenie – nie najgorzej. Jak wszyscy wiemy, czasy nie sprzyjają wydawaniu wielkich pieniędzy na festiwale. Również szantowe. Festiwal tegoroczny był więc w stopniu subtelnym – „kryzysowy”. Trochę mniej wykonawców i trochę mniej koncertów. Ilościowo mniej, ale jakościowo – baaaaardzo daliśmy radę! Wystąpiły zespoły z górnej półki. RO20′s, Prawdziwe Perły, Zejman i Garkumpel, GooRoo Band, The Bumpers, część zespołu Flash Creep, Shantaż i Załoga Dr. Bryga, Wszyscy miłośnicy każdego rodzaju szantowania znaleźli coś dla siebie: od ballady, przez rocka aż po a capella. Czy to szefostwo Wioski Żeglarskiej, czy to my z Kovalem – do końca nie wiem – mamy/mają „wejścia” w niebie, w dziale „pogodowym”, bo uzupełnieniem dobrej muzyki była wspaniała pogoda. Która jak wiemy – w tym roku nas w ogóle nie rozbestwiała. A podczas Festiwalu – TAK! Aaaa! Odbył się konkurs, było żyri (Jury), werdykt, były nagrody, była publiczność, która jak zawsze – the best! Były premiery, spotkania, wzruszenia, owacje i oburzenia. Jeśli chodzi o występ GooRoo Band, to jestem zadowolony. Zagraliśmy jedną premierę: Siódme Morze. Trochę żałuję, że nie zdołaliśmy zagrać 2-giej – Wielki Błękit. Ale – „nastepną razą” zagramy! Przyznam, że każda z piosenek zagrana z towarzyszeniem zespołu ma zupełnie nowy wyraz i jakość. Odczuwam dużą przyjemność i satysfakcję ze współpracy z takimi muzykami jak Krzysztof Paul, Artur Jurek i Adam Skrzyński-Paszkowicz tworzących moja kapelę. Niedawno w Sławie, na zamówienie organizatorów żeglarskiej imprezy zagraliśmy 2 sety rockowych coverów. I – „apiać” sukces! Żeglarzom regatowcowm-omegowcom tak się podobało to nasze granie, że oniemieli. No i tak ma być! A mnie przyjemnie się grało i śpiewało Sweet Home Chicago i inne. A wracając do festiwalu w Mikołajkach, to jestem przekonany, że wszyscy byli zadowoleni z przebiegu imprezy: widzowie, wykonawcy i organizatorzy.
Podczas któregoś z moich solowych koncertów w Wiosce Żeglarskiej, Janusz Szlachetko wręczył mi na scenie Odznakę Zasłużonego dla Żeglarstwa Polskiego. Jestem dumny z tego odznaczenia. Jestem w tej komfortowej sytuacji, że moja życiowa pasja jest jednocześnie moją pracą, a w dodatku przysparza mi pewnego rodzaju zasług, których wyrazem jest otrzymane odznaczenie. Sam sobie zaczynam zazdrościć? Nie, no – takie żarty…
W tym miejscu – żeby nie było tak różowo – chcę napisać, że nie mam samych przyjaciół i fanów. Aż taki wyjątkowy to nie jestem. Od czasu do czasu ktoś wyrazi swoją dezaprobatę na okoliczność tego co mu się nie podoba w moim graniu. Smutne jest jednak to, że wszystko to jest w formie anonimów. Brak jest ludziom odwagi, aby powiedzieć mi w oczy co się nie podoba. Sprawa jest wręcz nieco humorystyczna. Osoba dokonująca krytycznych (pod moim adresem) wpisów na pewnym koncie FB, co jakiś czas zmienia tożsamość, zdjęcia, nazwisko. Taki typowy żenuksowy troll, który z braku lepszego zajęcia rzuca kupami zza węgła. Ale… PSY SZCZEKAJĄ, A KARAWANA JEDZIE DALEJ! Nie pierwszy to raz i nie ostatni zapewne. Cieszę się, że tych, którym się moje śpiewanie podoba jest więcej, niż tych drugich.
Przede mną jesień i zima. Mam plany wyjazdowe: trochę wakacyjne, a trochę „pracowe”. Jeśli wszystko dobrze pójdzie poszukam inspiracji za oceanem. A wcześniej z Kasią odpoczniemy na nurkowej wyprawie w pięknym zakątku świata.
Życie jest piękne…

Jaki to fajny był (i jeszcze jest) ten sezon koncertowo-żeglarski 2011!!!

A za oknem przetaczają się tropikalne ulewy – choć to Gdańsk i koniec sierpnia, a w moim domu jest sucho i wysprzątane, a steki marynują się w stosownej mieszance przypraw i takiej-ż temperaturze – to na okoliczność gości, co wieczorem mnie odwiedzą, a to wreszcie Mistrz Melchior Wańkowicz z fal eterointernetu odczytał dwa swoje wspaniałe reportaże o powojennej Polsce i Polakach – te wszystkie okoliczności złapały mnie wreszcie za łeb i posadziły przed klawiaturą i nakłoniły do pisania. Bo tyle się zaległości nagromadziło! Że heeej!!!! A tu za pasem pierwszy koniec sezonu. Pierwszy, bo kończą się wakacje uczniów szkół podstawowych do średnich. Ale to oznacza, że w kurortach wakacyjnych i innych miejscach do wakacjowania (lasy, góry i Mazury) zrobi się dużo luźniej, ciszej i czyściej. I z pewnością sprawdzimy czy nas tam nie ma. W uzupełnieniu dodam, że drugi koniec sezonu – ten prawdziwy to 30 września. Czuć wtedy jesień – zazwyczaj…
Ale ja nie o tym chciałem. Chciałem o sezonie żeglarsko-wakacyjno-koncertowym! A ten, mimo, że kryzysowy w tym roku, to przecież BARDZO UDANY jest!!! Koncertów co nie miara, festiwali kilka, „dobre człowieki” dobre klimaty, pozytywne wibracje. Zarówno w wydaniu solowym, w duecie z Leszkiem Bolibokiem jak i z kapelą – GOOROO BANDEM. Przedtaktem sezonu koncertowego były występy w Mikołajkach: mocno i zaraz-przedwakacyjne. Mocno – podczas Majówki w Wiosce Żeglarskiej i zaraz-przed – te w „bożocielny” weekend, który w tym roku był pierwszym weekendem wakacji. A przy okazji przedwakacyjnych koncertów było tez spotkanie z serdecznymi znajomymi z Polski – uczestnikami tzw. „bożocielnego rejsu”. Pożeglowaliśmy z Kasią kilka dni po Mazurach jachtem KALIMERA (Antila 26) wypożyczonym tradycyjnie od firmy czarter4U z Giżycka. Bardzo wygodny, o doskonałych właściwościach nautycznych. A w Starych Sadach, w przystani „U Ciotki” spotkaliśmy się z Cinkiem i jego Olą, Makiem, Bogdanem i jego żoną, Piotrkiem i Kasią, Robsonem, Mikołajem i innymi, co ich imion już nie pamiętam. I było wspaniałe, klimatyczne ognicho, śpiewanie i apdejt wydarzeń. Takie spotkania i reset rozumu jest nieoceniony. Do zobaczenia w przyszłym rokuuuu!!!!
A w międzyczasie w Gdańsku odbyły się obchody Europejskich Dni Morza i rozpoczęcie Sezonu Żeglarskiego 2011. Miałem przyjemność i zaszczyt zorganizowac i poprowadzić scenę szantową usytuowaną na Targu Rybnym w Gdańsku. Działo się wtedy w Gdańsku wiele i wspaniale, a ja z przyjemnością zaprosiłem większość szantowych kapel z Trójmiasta wychodząc z założenia, że na imprezach na swoim terenie należy popierać swoich. Nooo, jeśli są! 
Wystąpili więc: Waldek Mieczkowski z Jackiem Ronkiewiczem, Formacja, Sławek Klupś i Atlantyda, Własny Port (to z Bydgoszczy), Hambawenah (z Sandomierza – towarzysząca flisowi wiślanemu) oraz ja: w duecie i z GooRoo Bandem. Było ekstra, profesjonalnie, choć muszę przyznać, że publiczności mogłoby być trochę więcej… Ale to już nie zależało ode mnie.
A potem był koncert w Kętrzynie – w ramach Kaperaliów – imprezy dla „miasta” organizowanej przez tamtejszy klub żeglarski. Spora grupa żeglarskich działaczy chce spopularyzować wśród kętrzynian ideę żeglowania po małej i dużej wodzie. Angażując czas, pieniądze i swoje znajomości organizują imprezy masowe, podczas których realizują przyjęte założenia i cele. Nowe rodzi się w bólach (widownia mogłaby być nieco liczniejsza), ale kolegom z klubu Kaper nie brakuje zapału i zaangażowania. I pomysłów na przyszłość. Moje gratulacje i wielkie podziękowania za zaproszenie i wspaniałą atmosferę podczas after-grill-i-bigos-party przy siedzibie klubu. Szkooooda, że trzeba było jechać do domu, tak się fajnie rozmawiało. Aaaa! Jeszcze spotkanie z kuzynką od strony mojego Ojca – Anią. Na tę okoliczność, ze sceny nawiązałem do fantastycznych wakacji spędzonych w latach dzieciństwa w Trzech Lipach i śpiewaniu ułańskich i obozowych piosenek przy ogniskach w parku i sadzie.
Specjalnie ciepłe i sympatyczne wspomnienia mam z rozpoczęcia sezonu żeglarskiego Śląskiego OZŻ, na które byłem zaproszony przez Janusza Szlachetko – Komandora Jacht Klubu OPTY z Lwówka Śląskiego pod koniec czerwca do Stanicy nad jez. Tajty w Pięknej Górze. Przypomniały mi się tam czasy początków mojego żeglowania. Wspaniała atmosfera kreowana przez Hanysów w urokliwym miejscu, które jest przyjazne ŻEGLARZOM, mniej – jachtsmenom. A kiedy na zeszłorocznej liście instruktorów dyżurnych znalazłem i pokazałem Kasi nazwisko Sławka Ohio Ochnio z Klubu Halny w Bielsku Białej, to poczuliśmy się jak w domu!!! Naprawdę wspaniałe chwilę spędziliśmy tam w towarzystwie Prezesa SOZŻ Romana Winklera i Joli Winkler, Janusza Szlachetko, Józefa Żyły i jego małżonki, Dominiki Płonki i innych, których imion i nazwisk nie pomnę. Specjalnie wzruszające było dla mnie spotkanie po 26 latach (!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!) z członkami zespołu Gwarek, z którymi dane mi się było poznać podczas krakowskich SHANTIES w 1986 r. Z „rozpoznaniem” Gwarków wiąże się pewna anegdota. Otóż siedząc sobie w towarzystwie żeglarzy w stanicy nad Tajtami popatrywałem na ludzi i słuchałem co mówią. Moją szczególną uwagę zwrócił jeden szczupły, szpakowaty facet w wieku – tak po 50-tce. Podświadomość podpowiadała mi, że skądś kojarzę gościa. Skąd? Na razie nie ogarniałem. W pewnym momencie ktoś powiedział, że gość gra na skrzypcach. I wtedy przypomniałem sobie o zespole Gwarek ze Śląska, laureacie Shanties i fajowym wieczorze spędzonym w ich towarzystwie któregoś dnia festiwalu. Była jakaś wódeczka, ciekawe rozmowy z nowymi znajomymi. Ja – wtedy student gdyńskiej WSM chłonąłem takie chwile na festiwalu całym sobą. Taaak. I w Gwarku był facet, który grał na skrzypcach, albo chyba raczej na altówce! Tylko jak się ten gościu nazywał??… Jakoś tak z rogami… Jeleń? Renifer? Nieee, jakoś inaczej! I – tak jak w filmie „Rejs” ktoś z towarzystwa zawołał do niego „Łosiuuu!!!” iiii wtedy szuflady mej pamięci się otworzyły! Naturalnie! To jest Łoś! Potem okazało się, że obecnym szefem Stanicy jest Leszek – brat Joli (teraz Winkler), którzy tworzyli zespół Gwarek. Jak przyszło co do czego okazało się, że mnie niespecjalnie z tamtych Shanties pamiętali, ale najważniejsze w sumie jest to, że ja spotkałem dawnych znajomych. A potem były posiadówki, pośpiewanki, grilowanki, anegdoty, wspomnienia. I wierzcie mi poczułem się jak w prawdziwej ŻEGLARSKIEJ RODZINIE. Może dlatego mój koncert w sobotę wieczorem na tarasiku stanicy był taki emocjonalny i specjalnie energetyczny. Czułem się wspaniale wśród tych ludzi i w tej atmosferze. Dlatego specjalnie ciepło podziękowałem za zaproszenie i za ten czas spędzony z nimi. Po jakimś czasie dowiedziałem się od Janusza Szlachetko, że to rozpoczęcie sezonu w opinii wielu uczestników było jednym z najbardziej udanych w historii stanicy. I – jak zaznaczył – ze względu na wspaniały koncert piosenek i klimat jaki wytworzyłem śpiewając z żeglarzami ze Śląska. No co tu jest jeszcze do dodania? Może tylko to, że dla takich chwil WARTO ŻYĆ. Ludzieee, jak ja czasami Szefowi dziękuję, że takie chwile mogą być moim udziałem…

Już niebawem kolejne refleksje na temat kończącego się sezonu 2011.


Archiwum