Zapraszam do zakładki OBRAZY!!!

A tam znajdziecie nową galerię, którą ułożyłem ze zdjęć wykonanych przez Władka Całkę. Bardzo dziękuję Władkowi!!!
No tak… Zdjęcia pochodzą z koncertów Zimowej Edycji Festiwalu Port Pieśni Pracy, który od 10 lat odbywa się w Tychach. Koncerty festiwalowe odbywały się w sali tyskiej Szkoły Muzycznej. W piątek 21 stycznia odbył się konkurs oraz wystąpili soliści: Jerzy Porębski, Włodzimierz Dębski i ja. Miałem przyjemność być członkiem jury. W sobotę zagrały zespoły – głównie reprezentujące Silesian Sound of Shanties. A w nocy zagraliśmy wszyscy w Browarach Tyskich w Muzeum Browarnictwa – takie sympatyczne zakończenie imprezy.
Zimowy PPP to bardzo sympatyczne spotkanie z publicznością, która przychodzi aby z uwagą posłuchać wykonawców, docenić wysiłek i wkład pracy w przygotowanie recitalu.
Było mi tam dobrze.
Dziękuję wszystkim!

Przyjaciołom – bądźmy blisko.Znajomym – oby Wam się wiodło.Muzyce – bądź we mnie i graj.Natchnieniu – pamiętaj o mnie.Fanom – dziękuję, że jesteście.Wrogom – lepiej nie wchodźcie mi w drogę.Władcom świata – walnijcie wreszcie głową w ścianę.Klientom – dziękuję za dotychczas i zapraszam do jeszcze.Światu – czekaj na mnie.Opatrzności – zerknij czasem w moją stronę.Losowi – sprzyjaj mi jak dotychczas. Sprzyjaj dobrym Ludziom. Proszę.Na Nowy Rok,Grzegorz

Nowy Jork – Toronto – Nowy Jork.Relacji część IV.

Spakowaliśmy walizki i ruszyliśmy z Kasią w drogę – do Kanady. Ruszyliśmy w drogę tylko i wyłącznie dzięki osobistej pomocy Krzysia Grubeckiego. Wyratował nas z pewnej opresji, która polegała na tym, że na 24 godziny przed startem okazało się, że załatwiany od 6 tygodni samochód (na pewno! na 100%! bankowo! potwierdzone!) zrobił się… hmmm… nieaktualny. Kris ratując nas z opresji oddał nam swój firmowy samochód – rasowy amerykański pickup Forda. Czarny, wielki, wygodny, no CUDO!!! No to wsiedliśmy i ruszyliśmy! Dogadaliśmy się jakoś od biedy z panią Amerykanką, gadającą do nas z wbudowanego GPS-a i pomknęliśmy autostradą 80 przez Scranton, Binghamton, potem 81 do Syracuse, a potem 90 do Buffalo i dalej do przejścia granicznego w Niagara Falls. Pomknęliśmy to może trochę za dużo powiedziane. W Stanach policja bardzo rygorystycznie przestrzega limitów prędkości, więc jak jest ograniczenie do 65 mil/h – wszyscy tak jadą. Jak 55 mil/h – wszyscy zwalniają i jadą 55. Mandaty za przekroczenie są tak wysokie, że po prostu się nie opłaca jeździć ponad limit. A za prawie każdym wzgórkiem, przez które wiodła autostrada stał na łączniku między jezdniami radiowóz policyjny – ma się rozumieć że z policjantem w środku i niewidoczną suszarką do pomiaru prędkości. Nie miałem w tym żadnego interesu, aby sprawdzać skuteczność sprzętu pomiarowego… Jakoś nam się udało – zarówno w tamtą, jak i z powrotem nie zapłacić mandatu. Jechaliśmy przez góry, zjeżdżaliśmy w doliny, zmieniał się krajobraz, kolory jesieni ustępowały nagim, bezlistnym drzewom, było raz ciepło, potem trochę zimno. Podróż, jak już się oswoiliśmy z autem, warunkami, stresem, przebiegała fajnie, miło i z radosnym poczuciem swobody! Co jakiś czas zajeżdżaliśmy do usytuowanych dość gęsto znakomicie wyposażonych i zaopatrzonych miejsc postojowych. W zabudowaniach zlokalizowanych na niewielkiej przestrzeni można było zatankować paliwo, zjeść, popić, skorzystać z toalety, a czasami nawet zanocować w motelu – jeśli była taka potrzeba. W każdym z takich kompleksów było czysto, niedrogo i bezpiecznie. Kiedy dojeżdżaliśmy do Syracuse, a potem do Buffalo, z uśmiechem uświadomiłem sobie, że wyśpiewałem sobie kiedyś tę podróż w piosence Erie Canal, którą miał w repertuarze zespół Smugglers (gdzieś w początkach istnienia), a do której napisałem polskie słowa. Po 7 godzinach podróży przekroczyliśmy granicę w Niagara Falls. Immigration officer – kanadyjczyk w kamizelce kuloodpornej i czarnych rękawiczkach bez palców, zapytał nas na granicy m.in. o to czy wiemy że TAM (wskazał kciukiem na kanadyjską stronę) żyją najfajniejsi ludzie na świecie? Nie to, co TAM (pokazał na amerykańską)! Potwierdziliśmy i powiedzieliśmy, że dlatego tam jedziemy. Z uśmiechem wjechaliśmy do Kanady. Dojechaliśmy do Oakville – celu naszej podróży i z pewnym trudem, ale skutecznie – odnaleźliśmy dom Małgosi i Marka. Spotkanie z nimi, było dla mnie kolejną podróżą sentymentalną w przeszłość. Marka nie znałem w ogóle, Małgosię poznałem w połowie lat 80-tych, kiedy jako młodzian z liceum brałem udział w obozie płetwonurków nad jez. Mokrym w miejscowości Zgon na Mazurach. Małgosia była tam ze swoim Ojcem na wywczasie. Utrzymywaliśmy znajomość przez jakiś czas, a potem kiedy studiowałem na WSM w Gdyni, kontakty wygasły. I po latach (tylu-a-tylu) z pomocą pewnego portalu społecznościowego odnalazła mnie Małgosia. I od słowa do słowa, od maila do maila – przyjechaliśmy w odwiedziny. Małgosia i Marek są w Kanadzie już długo. Osiedli pod Toronto, ciężką pracą awansowali do „middle class”. Dobrze czują się w miejscowych układach, ale duszą są jeszcze „nasi”. Tekściory, skojarzenia, dowcipy, aluzje itd. Ich dzieci to już kanadyjczycy. Taka kolej rzeczy. W wielkim i pięknym domu dostaliśmy do dyspozycji wielki pokój z łazienką. Po niezwykle udanym wieczorze wspomnień i wzajemnego poznawania się w ramach autoprezentacji i pytań nastał dzień następny. Małgosia zabrała nas europejskim autem do Niagara Falls. Miasto nad najsłynniejszym wodospadem Ameryki Północnej. Byłem tam w ramach występów na festiwalu Knaga w Toronto – 10 lat temu. Więc wielkiego szoku nie doznałem. Małgosia pokazała nam jednak kilka uroczych zakątków w okolicach, których nie widziałem poprzednim razem. Było pięknie, niezwykle i krajoznawczo w najlepszym tego słowa znaczeniu! Zabudowa okolic miasta Niagara Falls robi ogromne i sympatyczne wrażenie: dostatek, fantazja architektów, spokój i stabilizacja mieszkańców. Wrażenie robi jezioro Ontario, którego drugiego brzegu nie widać, a wysoka zabudowa Toronto z wieżą CN Tower ledwie majaczy na horyzoncie. Małgosia zawiozła nas do winnicy, gdzie uprawiane są niezwykle słodkie winogrona, z których wyrabiane jest ice-wine (wino lodowe) – lokalny i znany na cały świat specjał. Wino z zamrożonych winogron. Podobno wino wynaleziono zupełnie przypadkiem chcąc ocalić zbiory, które z nadejściem zbyt wczesnych mrozów po prostu zamarzły. Nie pierwszy to raz przypadek pomógł w wynalezieniu czegoś niezwykłego. Pełni wrażeń i głodni zasiedliśmy w steak-house nad porcjami olbrzymich i przesmacznych kanadyjskich steków wołowych. Zasmakowałem wtedy w sosie worcester firmy Lea & Perrins jako dodatku do grillowanego mięsa. No, sam MNIÓD!!!
A następnego dnia już sami, pojechaliśmy do downtown (centrum) Toronto, gdzie z wieży CN Tower przy wspaniałej pogodzie pooglądaliśmy z wysokości 400 metrów jezioro Ontario oraz panoramę miasta. Potem powłóczyliśmy się po nisko zabudowanym centrum handlowym. Jako, że był to czas zbliżającego się święta Haloween, po ulicach krążyły grupki poprzebieranych i pomalowanych młodych ludzi. W stylu zombies, bezgłowych, bezrękich, beznogich wyglądali nawet efektownie! Malowniczo i odlotowo. Jak widać na zdjęciach! A potem poszliśmy sobie – już z Małgosią, do torontońskiego Chinatown. To niezwykła dzielnica: świat w świecie. Stragany, stoiska z owocami, warzywami, przyprawami, zwierzakami żywymi i nie, chińskimi kosmetykami, lekami, sprzętem elektronicznym, ubraniami i wszelkim towarem, który można sprzedać – łącznie z plastikowymi gówienkami, których przeznaczenia nie zna pewnie sam sprzedający. A pomiędzy tym wszystkim gabinety masażu karku, ciała, stóp, akupunktury, akupresury, każdej innej innej -ury oraz bary, bistra i restauracyjki. Do jednej z takich wstąpiliśmy na kanadyjską kaczkę po chińsku z ryżem. Wyglądało to lepiej, niż smakowało mówiąc szczerze… Porcja kaczki składała się głównie ze skóry, tłuszczu i kości. Ale Z PEWNOŚCIĄ nie był to kot. Ani pies. I głodny brzuszek zapełnił należycie. Ale za to następnego dnia my zaprosiliśmy naszych gospodarzy do wskazanej przez nich knajpki z tajskim jedzeniem. No i to była uuuuucztaaaa!!!! Pyszności z dobrościami! Smaki, których w życiu bym nie połączył w mojej kuchni, albo takie, jakich bym sobie nie wyobraził: kokos z bambusem, soja z łojem, słodkie ze słonym, a kwaśne z gorzkim. A kelner dania donosił, donosił, donosił… A potem całą czwórkę wynosił, wynosił, wynosił! Z kulinarnych wydarzeń, to może takie, że na późną kolację przygotowałem już w domu mój sztandarowy kulinarny numer: schab po argentyńsku! Ale smakowało wszystkim. jedli, aż się uszy im trzęsły, a mnie serce rosło. Nawet element kanadyjski kolacji – chłopak Karolinki powiedział coś jakby: delliszys!!! Zrozumiałem o co „kaman”.
Uśmiechnięci, wypoczęci, zadowoleni ze spotkania, rozmów, zdarzeń i dowcipu o misiu Colargolu ruszyliśmy w drogę powrotną. Już „na luziku”, bo co się może stać, kiedy drogę mamy już „przerobioną”? Na granicy kanadyjsko-amerykańskiej pani immigration officer o wyglądzie kadry z konzentrationlager i rentgenie w oczach wypytała nas o wszystko i wszystkich do 4 pokolenia wstecz: skąd, dokąd, a papiery wozu, jakie żeglarstwo, a gdzie żeglujecie, co robisz w kraju, pokazać bilety na powrót do Polski, o co w ogóle chodzi. Po udzieleniu wyczerpujących odpowiedzi oddała nam paszporty i z krzywym uśmiechem nr 8 powiedziała coś jak „DZENDOBUY”. I wpuściła nas do krainy szczęśliwości. No i można tak powiedzieć, droga przebiegła nam bez zakłóceń – zasadniczo… Może z wyjątkiem tego, że w Syracuse (tego samego, co 3ch pasażerów pociąg tam wiózł z Cheetaway) zjazd na autostradę, w jaki skierowała nas pani z GPS był zamknięty, a w urządzeniu była wyłączona opcja (albo w ogóle jej nie było?) wyznaczenia trasy alternatywnej. Więc pojechaliśmy tam, gdzie musieliśmy, bo innej opcji nie było i w związku z tym było trochę emocji… A potem metodyczne zawrócenie na „żeglarski nos”, jazda trochę pod prąd – ale tylko kawałeczek, potem zaprogramowanie GPS i już byliśmy na właściwej drodze! I tak sobie spokojniutko dotoczyliśmy się do New Jersey. No już prawie w domu!!! Z tym, że kluczowe znaczenie miało tutaj słowo „prawie”. Zaczęło się od tego, że właściwy zjazd z autostrady był 50 m przed nami, a nie jak mówiła pani GPS – za 0,7 mili. Oczywiście – nie skręciłem. Więc byliśmy w lekkiej dupie. W lekkiej mówię. Bo potem była cięższa, kiedy po znalezieniu od biedy właściwej drogi trafiliśmy na 4 rozjazdy i pojechałem w ten 3-ci. A powinienem był w 2-gi… Bo tak mi wychodziło. No co będę mówił… Emocje trochę spore były, szczególnie, że jak już się pojedzie w określony zjazd, to nie można zawrócić, bo nie ma jak ani gdzie. I jeszcze ta pieprzona opcja wyznaczenia terasy alternatywnej – WYŁĄCZONA albo BRAK!!! Koniec końców, jakimś cudem wylądowaliśmy przed wjazdem do Lincoln Tunnel i wjechaliśmy w godzinach sporego ruchu – na MANHATTAN! Atrakcja sama w sobie, bo nie planowana. Z okien samochodu popatrywaliśmy sobie na ulice, ludzi, dom towarowy Macy’s i jakimś cudem dzięki wrodzonej bystrości, GPS-owi i Panu Bogu wjechaliśmy w Queens Midtown Tunnel, który droga 495 doprowadził nas do Queens, do Middle Village, do domu Kasi i Krzysia. No i byliśmy w domu! Na moje usprawiedliwienie dodam, że znajomi z New Yorku mówili, że w New Jersey zgubić się jest bardzo łatwo. Nawet miejscowi się gubią, a GPS-y wariują. Więc w zasadzie mój honor kierowcy uratowany. Ufff!!! Na deser jeszcze zaparkowałem szerokiego pickupa na wąskim backyardzie domu Grubeckich bez najmniejszych strat ani obcierki nawet.
I tak się skończyła nasza wycieczka Nowy Jork-Toronto-Nowy jork.
Faaaaajnie było…
Kasia też tak twierdzi.

(Sex) Opera ŻEGLARSKA SHENANDOAH na XXX Międzynarodowym Festiwalu Piosenki Żeglarskiej SHANTIES 2011 w Krakowie.

Po 23 latach od premiery – pierwsza i jedyna we wszechświecie opera żeglarska – SHENANDOAH, znowu zabrzmi i zaistnieje na deskach krakowskiego SCK Rotunda.
Zagram w niej jedną z głównych ról. Wodza Indian i ojca bohaterki opery – Shenandoah. Z przyjemnością!
Role zagrają starsi i młodsi.
Wyreżyseruje Andrzej Radomiński, a muzycznie powiedzie Tomasz Misztal.
:-) )
Obejrzyjcie kilka pamiątkowych fotografii z premiery. Autorem ich jest Piotr Chrząstowski.

Spotkania, spotkania, spotkania…USA i Kanada 2010.Relacja cz.III.

Bożena i Andrzej Daukszewiczowie, to moi znajomi jeszcze z olsztyńskich czasów. chodziliśmy do jednej klasy w szkole podstawowej nr 1. Potem każdy poszedł w swoją stronę. I już po …dziestu latach za pośrednictwem pewnego portalu społecznościowego odnaleźliśmy się. Okazało się, że Bożena związała się z Andrzejem „na dobre i na złe” oraz, że od tamtego czasu tworzą świetną parę. I od słowa do słowa, od maila do maila i od zdarzenia do zdarzenia spotkaliśmy się w efekcie w ich domu – w ich nowej ojczyźnie. Ani Bożena, ani Andrzej nie zmienili się na tyle, abym nie mógł ich rozpoznać. Co więcej – nie miałem z rozpoznaniem najmniejszego problemu :-) ) Rozmowy o życiu i minionych latach rozpoczęliśmy w steak house, do którego zaprosili nas Bożena i Andrzej. Luuudzieee… Jednym z niewielu powodów dla których mógłbym zamieszkać w USA są tamtejsze steki. Smak, konsystencja, kolor – nieosiągalne (ech… niestety!) w naszym kraju. Niebo w gębie i poezja! Taki stek. Wielki i wykończony na „medium”. No, ale rozmowy były ciekawsze. Dowiedzieliśmy się co robią, co myślą i co czują nasi gospodarze, co porabiają ich córki. Pogadaliśmy – jak to zwykle przy takich okazjach – o naszych wspólnych znajomych. Tych, których wspominamy dobrze i tych… pozostałych. Tak przy okazji wydało się parę spraw z przeszłości! Między innymi to, że z Andrzejem chodziłem do jednej klasy w podstawówce, a z jego najbliższym kuzynem – Adamem, chodziłem przez 4 lata do jednego ogólniaka w Olsztynie. A Andrzej i Adam, to synowie braci bliźniaków. Niezłe, prawda? Powspominaliśmy sobie czasy podstawówki oraz naprawiliśmy pokaźny kawałek świata i rzeczywistości! Bożena i Andrzej objawili się jako ludzie inteligentni, rozsądni, wrażliwi. Rozmowa z nimi była dużą przyjemnością i w jakimś sensie wyzwaniem. W przypadku spotkań po wielu latach zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że coś, albo nic nie „zaiskrzy” pomiędzy nami. A to z powodu odmiennych poglądów na świat i ludzi, zapatrywań na sprawy podstawowe i nieistotne. W tym przypadku wszyscy zdaliśmy egzamin z życia. :-) ) Było o czym rozmawiać ze zrozumieniem i wzajemnym szacunkiem. Bożena i Andrzej osiągnęli – tak jak wielu naszych rodaków – stabilizacje w ich nowej ojczyźnie i pomimo związków z Polską są obywatelami stanów, a tym samym obywatelami świata. Jeżdżą, latają, zwiedzają, żyją pełnią życia. Sympatycznie obcuje się z takimi ludźmi. Jak się potem okazało, byliśmy podbierani przez nich w podobny sposób. Następnego dnia Bożena odwiozła nas na Queens, a przy okazji pokazała nam okolicę, w której mieszkają. I to co zobaczyłem, wypełniało moje wyobrażenie o „statystycznych” stanach. Spokojne miasteczka rozrzucone wśród zieleni lasów i zarośli (no o tej porze roku – żółci, czerwieni i brązów), czyste, tchnące dobrobytem i spokojem, poczuciem stabilizacji zamieszkujących je obywateli. Obszerne domy odzwierciedlające fantazję ich projektantów, podjazdy, samochody, centra handlowe, muzea, szkoły, budynki użyteczności publicznej: wszystko pozostające ze sobą w harmonii i związku przyczynowym. Oczy i umysł odpoczywają w kontakcie z takimi widokami.
Wypadliśmy z „objęć” Bożeny i Andrzeja i wpadliśmy w objęcia „dyrektorzycy” festiwalu – Eli Sawickiej. Zorganizowała u siebie pofestiwalowe party. Zaprosiła Stefana i Iwonę, Lucynę i Marka (współorganizatorów festiwalu), Krzyśka Grubeckiego, kolegów z Formacji i nas. Smaczne jedzonko przygotowane na backyardowym grillu, smaczne napitki „wzburzające w żyłach krew” dla tych, którzy tego potrzebowali i stosują i… atmosfera zrobiła się rodzinno-sympatyczna. Prym wiedli Jurkiel i Jacek. Gadali, grali i śpiewali. Mnie jakiś „dżetleg” nieplanowany dopadł, więc ciągnąłem na czerwonym światełku rezerwy. Rezerwa wyczerpała się w odpowiednim momencie, kiedy w zasięgu pojawiło się wygodne łóżko.
Następnego dnia ruszyliśmy na Manhattan. Powoli przyzwyczailiśmy się do ogromu zabudowy, tempa życia na ulicach, atmosfery wyspy. Ale tyle jeszcze niewidzianych miejsc, niezwiedzonych zaułków, zadziwień i zaskoczeń było przed nami! Syciliśmy się więc widokiem niezwykłego „budynku – żelazka”. Flatiron Building zlokalizowany jest w miejscu gdzie Broadway zbiega się z Dwudziestą Trzecią Ulicą. Flatiron w tłumaczeniu na język polski oznacza żelazko. Nazwa ta została nadana budowli ze względu na trójkątną działkę, na której powstał oraz charakterystyczną trójboczną bryłę budynku. Oficjalnie budynek nosi nazwę Fuller Building od nazwiska przedsiębiorcy, którego firma sfinansowała budowę, jednak nazwa „Żelazko” jest używana powszechnie. Jest to pierwszy z obiektów zbudowany na konstrukcji stalowej i jeden z pięciu najbardziej rozpoznawalnych drapaczy chmur znajdujących się w Nowym Jorku. Budynek służył filmowcom do nakręcenia kilku filmów, m. in. znalazł się on na planie filmu „Godzilla” i „Spiderman”. Pamiętam! Grał w tych filmach!
Odwiedziliśmy – a jakże – największy na świecie (tak o sobie mówi) dom towarowy MACY’S. Uwierzcie – jest co zwiedzać i gdzie chodzić! 10 kondygnacji, długość 1 przecznicy, a na tej powierzchni do kupienia wszystko co wymyśliła ludzka wyobraźnia, a co nadaje się do konsumpcji (no nie tej jedzeniowej tylko tak ogólnie!). Kasi przebierała w torebkach i butach Louisa Vuitton’a oraz innych zbytkownych gadżetach. I coś tam chyba sobie wybrała…? Pod koniec naszej wycieczki odwiedziliśmy Katedrę Św. Patryka. Jest ona siedzibą arcybiskupa Nowego Jorku oraz parafialnym kościołem w Nowym Jorku. Jest również największą neogotycką świątynią katolicką w Ameryce Północnej. Położona jest przy Piątej Alei, pomiędzy 50th i 51th Street w centrum Manhattanu, dokładnie naprzeciwko Rockefeller Center. W katedrze znaleźliśmy polski „kącik”. Kopia obrazu Matki Boskiej częstochowskiej, obrazy polskich świętych i błogosławionych oraz popiersie papieża Jana Pawła II. Sama budowla jest jakby z innej bajki. Potężna, neogotycka budowla otoczona drapaczami chmur – dwa różne światy, dwie różne rzeczywistości…
Przed wskokiem do metra zajrzeliśmy jeszcze do Apple Store przy 5th Avenue i zapowiedzieliśmy naszą wizytę w najbliższym czasie.
A następnego dnia pakowaliśmy walizki i przygotowywaliśmy się logistycznie, fizycznie i psychicznie (hie, hie, hie!!!) do pokonania trasy New York – Toronto – New York. I w czwartek rano RUSZYLIŚMY W DROGĘ!!!
Ale o tym w ostatniej części mojej relacji! Już niebawem
:-) )


Archiwum