„Come on! Oh, baby don’t you wanna go! Hidehey! Baby don’t you wanna go! Back to that same old place Sweet home Chicago!”

Tak sobie śpiewałem na całe gardło w gościnnym domu Uli i Janusza w Glandale Hts przygotowując się do koncertów. A dzięki Januszowi, mogłem zaprosić potencjalnych słuchaczy z fal eteru polskiej rozgłośni „Wietrzne Radio” w Chicago. Janusz „sprzedał mnie” Pawłowi Flisiakowi, prowadzącemu audycję Radio Echo na falach „Wietrznego”. Paweł jest radiowcem-zawodowcem. Do mojego 20 minutowego wejścia na żywo przygotował się jak trzeba. Ja też się przygotowałem. Nie było więc żenujących sytuacji wynikających z kiepskiego przygotowania prowadzącego lub gościa. Opowieści o tym, kto, gdzie, jak i dlaczego były ilustrowane muzyką z mojej płyty oraz wejściami na żywo. Gdyż  – ma się rozumieć – zabrałem ze sobą do studia gitarę. Będąc na antenie, zaprosiłem słuchaczy na moje koncerty w polskich klubach. Jak się okazało, audycja jest słuchana przez środowisko polonijne, bo natychmiast po wyjściu ze studia otrzymałem telefon z gratulacjami od Bogdana, którego poznałem podczas „Mazurskiej Nocy” w „Lutni” przy Belmont Ave., kilka dni wcześniej.
I jakoś tak w międzyczasie nadeszło amerykańskie święto Dnia Dziękczynienia – „Thanksgiving Day”. Skorzystałem z zaproszenia Uli i Janusza, aby to największe amerykańskie, świeckie święto spędzić z nimi. Aby pomóc w przygotowaniach do uroczystości zadeklarowałem mój udział w sprawach kulinarnych. Jest to obszar, w którym czuję się dobrze, a konsumenci moich „wytworów” kulinarnych określają przygotowane przeze mnie jedzonko, jako bardzo smaczne. Więc ku obopólnej radości Uli i mojej, zadeklarowałem się pomóc. Największym rarytasem miał być pieczony indyk. Od Uli otrzymałem pewien niezwykły przepis na przygotowanie indyka. Nie wierzyłem, że indyk poddany takiej obróbce może być smaczny. Oooooo, jakże się myliłem…. Przepisu oczywiście nie ujawnię na łamach blogu, BO NIE (tajemnica kucharska), natomiast przysięgam, że indyk mieszkający 48 godzin w zalewie niezwykłej i nieoczekiwanej, wyszedł po upieczeniu niezwykle smaczny, soczysty, aromatyczny… No, MNIAM!!! Oprócz indyka, Ula przygotowała tradycyjne dodatki, ja dołożyłem swoje i po zdaniu egzaminu z przygotowania (farsz) oraz upieczenia (5 godzin w różnej temperaturze – ufff!!!) ptaka wszystko było dopięte na ostatni guzik i o czasie. Mieliśmy tzw. dobry timin, po polsku – tajming. Gośćmi uroczystej, czwartkowej kolacji byli znajomi Gospodarzy: Jan i Wanda. Z ciekawością słuchałem ich opowieści o życiu na emigracji, sam opowiadałem o sobie. Faktem jest, że nasze style życia kompletnie się od siebie różnią, i niewiele mamy wspólnych tematów, ale to TEŻ DOBRZE! Po kolacji, która skończyła się ok. północy wskoczyliśmy z Januszem do auta i pojechaliśmy do najbliższego centrum handlowego, aby zobaczyć szaleństwo „Black Friday”. Jest to dzień wielkich wyprzedaży w większości sklepów i domów towarowych w Ameryce. I ogromnie dużo Amerykanów kupuje za połowę lub 30% ceny nominalnej całą masę towarów, aby je następnie po kilku dniach – ZWRÓCIĆ! Tak, taaak! Od godziny 00.00 w piątek, setki klientów tłoczą się w kilkusetmetrowych kolejkach przed sklepami, aby „nachapać się” taniego towaru, by po kilku dniach – oddać go z powrotem. Zastanawiałem się: „o co chodzi???”. I dochodzę do wniosku, że to chyba coś, co przypomina instynkt myśliwego. Zasadzić się, wymarznąć w oczekiwaniu na zwierzynę, a jak już podejdzie – NIE STRZELIĆ. Albo strzelić – i nie trafić. I to SPECJALNIE nie trafić! Mam możliwość obserwowania takich myśliwskich operacji. Ale nie powiem gdzie. Myślę również, że emocje wynikające ze stania w kolejce są dla Amerykanów tak nowe i oryginalne, tak niezwykłe, że dla ich przeżycia decydują się poświęcić swój czas i czasami nawet zdrowie. By poczuć dreszcze. A to, co się dzieje po otwarciu drzwi sklepów można zobaczyć w stacjach telewizyjnych. Ludzie zachowują się tak, jakby pierwszy raz widzieli sklep i towary. Przypomina mi to obrazki z naszej Ojczyzny, które obserwowałem, jako nastolatek w latach 80-tych XX wieku. Różnice jednak pomiędzy tą gorączką zakupów są takie, że w Polsce we wspomnianym okresie towarów NIE BYŁO, a w Ameryce od kilkudziesięciu lat panuje NADPODAŻ towarów. Ot, co. No, ale naoglądałem się, uśmiechając pod wąsem, Amerykanów stojących w długaśnych kolejkach, a potem tych samych – w szale zakupów. A, tak mówiąc szczerze, ja sam też skorzystałem z dobrodziejstw Black Friday i zakupiłem coś po bardzo okazyjnej cenie. Ale w piątek WIECZOREM, a nie w środku nocy. O! Tyle o amerykańskich zwyczajach.
A potem z Januszem odbyliśmy wycieczki po okolicach Chicago, w ramach których odwiedziliśmy historyczną miejscowość St. Charles położoną na przedmieściach Chicago. Historyczna, to taka, która ma więcej, niż 100 lat. W Europie to trochę śmiech, ale tam – wielki szacun. Odwiedziliśmy więc historyczne miejsca, skwery, mosty przez rzekę, wspięliśmy się na wieżę widokową wykonaną z drewna – zgodnie z zasadami najwyszukańszej sztuki konstruktorsko-budowlanej. Następnie Pooglądaliśmy zimujące na nabrzeżu wycieczkowe statki z oszukanym napędem tylnokołowym. Oszukanym, bo wielkie koła napędowe na rufie, były atrapą tego popularnego na rzekach amerykańskich rodzaju napędu. Pod linią wodną każdego ze statków kryły się dwie nastawne nowoczesne śruby. Ehhhh, czasy… Kiedy wracaliśmy do Glandale Hts, Janusz zaproponował, że pokaże mi coś niezwykłego. W miejscowości Bartlett zbudowano świątynię i ośrodek medytacyjny BAPS Shri Swaminarayan Mandir. Niezwykła budowla została sfinansowana przez Akszar Puruszottam Swaminarajan Sanstha, pochodzącego z tradycji Swaminarayan założonej przez Bhagawana Swaminarajan. Świątynie wzniesione z marmuru, piaskowca i drewna egzotycznego zbudowano również w Edison (USA), Toronto (Kanada) oraz Londynie (Anglia) i… nie będę wymieniał tej długiej listy – gdzie jeszcze. Powiem tylko, że kunszt rzemieślników, którzy misternie ryli, szlifowali, kuli marmur, piaskowiec i drewno teakowe przyprawia o zawrót głowy. Takiej precyzji, fantazji i pracowitości w zakresie sztuki zdobniczej w budowlach sakralnych jeszcze dotychczas nie widziałem, ani nie dotykałem. Coś absolutnie fantastycznego! Nie spodziewałem się, że takie cudo można znaleźć w Chicago. Pozostając pod wrażeniem klimatu tego miejsca, spacerowaliśmy z Januszem i z szacunkiem myśleliśmy o ogromie pracy włożonej w realizację tego arcydzieła architektury i sztuki zdobniczej. W powietrzu unosił się zapach kadzideł, więc nietrudno było przenieść się siłą wyobraźni do Indii…
Ale nie w Indiach, tylko w Chicago jednak byliśmy i tego samego dnia rozpocząłem serię koncertów w klubach polskich.
Zagrałem i zaśpiewałem w Klub PRL przy Harlem Foster, u Mirka. Mirek, to piekarz, budowlaniec, żeglarz, koniarz, myślę, że zawodnik MMA i miłośnik piosenek Marka Grechuty. Niezłe. Urządził swój pub w stylu PRL: plakaty, hasła  epoki, pamiątki „pomilicyjne”. Menu oferowane w pubie przywodziły również na myśl stare PRL-owskie czasy. Mirek oferuje głównie zapiekanki. I wiecie co? Idą mu jak woda! Widziałem, jak na zapleczu przygotowywał górę bułek do zapiekanek i już w nocy z tej góry nie zostało nic. Wszystko poszło do ludzi! Tak naprawdę, to kuchnia pubu wydaje również inne smakołyki, ale zapiekanki pieczarkowo-serowe w Stanach Zjednoczonych wprawiły mnie w stan szoku. Co kraj, to obyczaj… Mirek sprawił mi przyjemność opinią na temat mojego grania i odbioru mojej osoby – tak w ogóle. Z wyobrażeń o mnie jako o jakimś „pizdryku” z Polski zmieniło mu się tak bardzo, że długo mi dziękował i gratulował występu. I jego silnoręcy goście też okazywali mi wyrazy „szacunu”. Fajnie tam było. Muzycznie – dynamicznie i z energią. Bywalcy byli bardzo zadowoleni. Poderwali się do wspólnego śpiewania, mimo, że piosnek nie specjalnie znali.
Zagrałem również w Kafe Praha. To z kolei czeski pub muzyczny w Chicago. Artystycznym aniołem kreującym muzyczno-teatralno-poetyckie wydarzenia jest tam Alicja Szymankiewicz. W trakcie rozmowy okazało się nieoczekiwanie, że kończyliśmy to samo III Liceum Ogólnokształcące w Olsztynie, a ponadto, Alicja jest absolwentką bliskiego memu artystycznemu sercu – studium wokalno-aktorskiego przy teatrze Muzycznym w Gdyni. Kolejne niezwykłe spotkanie za oceanem…Tym razem poetycki klimat miejsca sprzyjał raczej balladowemu repertuarowi koncertu. Zaśpiewałem więc ballady z obszaru marynistycznego oraz te, znane mi z innych rozległych i magicznych obszarów poezji śpiewanej. Bardzo się widzom i słuchaczom spodobało moje śpiewanie. Chociaż frekwencja mogłaby być silniejsza. Ale zasada, która mówi, że ilość widzów powinna przewyższać ilość wykonawców została zachowana.
Po dwóch udanych koncertach w mniejszych klubach, czekał mnie duży koncert w Klubie Motocyklowym Sokół. Ale o tym – w następnym odcinku.